12 czerwca 2017

Park Narodowy Ala Archa

Kirgistan.... Magiczny kraj, w którym mieszkają bardzo mili ludzie, wszędzie są przepiękne góry, a napotkani turyści nie przyjechali na pewno z opcją all inclusive...

Udało mi się dosłownie wpaść do Biszkeku rzutem na taśmę, właśnie po to, żeby móc zobaczyć choć trochę gór Tien Szan i wciągnąć w płuca odrobinę ostrego, górskiego powietrza.

Park Narodowy Ala Archa był moim miejscem docelowym.


Znajduje się on w odległości ok 20 kilometrów na południe od centrum Biszkeku. Dojazd na miejsce nie stanowi problemu, połowa mieszkańców miasta zajmuje się bowiem pracą przy użyciu posiadanego przez siebie pojazdu zmechanizowanego. Albo są taksówkarzami, albo marszrutkownikami. Druga połowa trudni się handlem (głównie na bazarach) albo gastronomią.

Zanim zdecydowałam się na wybór formy transportu, wybrałam konsultację z pracownikami hotelu, w którym się zatrzymałam, co bardzo sobie chwalę. Wydaje się to być opcja często używana przez przyjezdnych, na recepcji nikt nie był zdziwiony prośbą o załatwienie samochodu w tę i z powrotem z prywatną osobą. Taka przyjemność to koszt 2500 somów, czyli ok 135 pln. W cenie transport tam, towarzystwo i łapanie przy spadaniu z kamieni podczas wspinaczki, a zwłaszcza podczas próby zejścia z góry bez złamania nogi i bez stracenia zębów, wejście do parku (wejście do parku jest płatne, ok 200 somów za samochód, ale koszt wziął na siebie kierowca w ramach całej wycieczki), odwiezienie do hotelu, opowieści z życia wzięte oraz wspólne zdjęcia.

Można dostać się na miejsce także w inny sposób, np łapiąc okazję czy biorąc taksówkę, tudzież marszrutkę z okilicy Bazaru Osz. Jednak towarzystwo lokalsa, który na dodatek biegał po górach jak kozica okazało się być ze wszech miar przydatne, właśnie ze względu na ciekawe konwersacje dotyczące życia w Kirgistanie, a także asekurację przy schodzeniu na dół.

Gdybym po raz drugi miała udać się na taką przechadzkę, przede wszystkim założyłabym buty górskie... a nie buty do biegania. To są jednak młode góry, które bardzo intensywnie erodują, co wiąże się z licznie występującymi piargami, na których się człowiek ślizga jak na lodzie, nawet jak nie pada deszcz. A jak zacznie padać, to zejście bez szwanku staje się prawie niemożliwe. Mnie się to udało, cudem jakimś, ale schodziłam chwytając się wszelkiej roślinności rosnącej przy drodze. Co nie zmienia faktu, że ubłocona byłam po czubek kokardy. Inni nie mieli tyle szczęścia, byłam świadkiem interesujących zjazdów na części tylnej oraz spektakularnych upadków.

Nie muszę chyba mówić, że było warto... Wędrówkę można rozpocząć z dwóch miejsc. Albo od granicy parku, albo od końca drogi asfaltowej i początku szlaku niebieskiego, który prowadzi do bazy Racek, położonej na wysokości 3347 mnpm. droga asfaltowa ma długość 12 kilometrów, nie jest jednak zbyt mocno uczęszczana. Przy drodze są liczne miejsca piknikowe, niezwykle popularne wśród miejscowej ludności.
Szlak nie jest przesadnie trudny, ale można się trochę zmęczyć. Warto też pod koniec wejścia zboczyć ze szlaku w prawo, żeby podejść do samego wodospadu.

Nie dotarłam do samej bazy, zaczęły zbierać się chmury i w ciągu chwili dosłownie zmieniły się warunki atmosferyczne, mądrzej więc było zrezygnować z ostatniego odcinka. W końcu to góry, nic zaskakującego...




 Początek szlaku niebieskiego, można się również posilić nie tylko w warunkach restauracyjnych, ale i bardziej lokalnych (fot. babis)

                             Dobrze oznakowany szlak ułatwia wędrówkę (fot. babis)









                                            A potem już tylko podziwiać... (fot. babis)

Z tego co zasłyszałam i wyczytałam w różnych miejscach, z bazy Racek można jeszcze atakować wyższe partie gór. Może następnym razem się uda mieć więcej czzasu...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz